Trigger warning: to nie będzie stonowany, nastawiony na dyplomację tekst. Traktuje on o tym, dlaczego jazda z głową w kasku jest tak istotna. Pojawiają się w nim także wątki nieprzyjemne, więc jeżeli należycie do osób bardziej wrażliwych i niekoniecznie chcecie sobie psuć teraz nastrój, odłóżcie lekturę na później. Tekst jest długi, ostry w wymowie i podejrzewam, że pewne jego fragmenty mogą wywołać w co bardziej wrażliwych czytelnikach spoty dyskomfort. Zostaliście ostrzeżone i ostrzeżeni.

Wada rodzaju ludzkiego.

Ludzie mają tendencję do robienia głupich rzeczy, o których powszechnie wiadomo, że są głupie. Po prostu: niektóre jednostki nie potrafią się uczyć na cudzych błędach. Kalkulować ryzyka, dokonać szczerej i obiektywnej oceny własnych umiejętności oraz ograniczeń, rozważać alternatywnych scenariuszy, ustawiać priorytetów. Jestem zdania, że w większości wypadków ignorancja to wybór. Wynikający z lenistwa, zarówno intelektualnego, jak i wybierania drogi na skróty oraz poddania się presji otoczenia.

Wszyscy wiedzą, jak kończy się jazda samochodem na podwójnym gazie, jednak każdego roku znajdują się setki osób, które muszą się napić a potem po prostu muszą gdzieś dojechać. Niby wiadomo, że po wypiciu kilku piw w gorący, letni dzień, lepiej nie wchodzić do jeziora czy morza, jednak każdego roku w sezonie letnim topią się tacy „odważni”. Podobnie jak w przypadku utonięć, co roku mamy przypadki skoków na główkę do płytkiej wody, kończących się paraliżem. Ludzie na całym świecie ciągle giną, bo wchodzą pod koła samochodów, czy to zagapieni w ekran telefonu, czy po prostu nie sprawdzając, czy nadjeżdża jakiś pojazd.

No i niby każdy wie, że jazda na rolkach (zwłaszcza ta bardziej „wyczynowa”) bez kasku może skończyć się źle. Jednak ludzie nadal to robią, licząc na swoje szczęście. Jazda z głową w kasku nadal nie jest domyślnym wyborem dla zbyt wielu ludzi.

Załóż kask.

Być może wynika to częściowo z braku wiedzy – większość kojarzy uderzenie z guzem na głowie, rozciętą skórą, wstrząśnieniem. W najgorszym wypadku, wstrząsem mózgu (który jest mocno niedoceniony, jeżeli chodzi o zagrożenie, które niesie). Śmierć od uderzenia? Nie zdarza się często, co nie? Jeżeli żaden znajomy nie rozwalił sobie głowy „na amen”, taka perspektywa słabo działa na wyobraźnię.

Tymczasem, pomiędzy relatywnie lekkimi konsekwencjami, a zgonem, jest całe spektrum nieprzyjemności, z których wiele jest naprawdę poważnych. Niektóre, obiektywnie rzecz biorąc – nawet gorsze od śmierci. Opowiem Wam nieco o tym, co dzieje się, gdy mózg nie funkcjonuje prawidłowo.

Mój wadliwy mózg.

Sam nigdy nie miałem poważnego urazu głowy, ba – nawet nie przywaliłem mocniej głową w kasku o beton. Zdarzały się co najwyżej niegroźne upadki. Wiem jednak sporo o tym, jak mózg „z problemami” wpływa na życie. Nie uważam, aby moja choroba była czymś wstydliwym, więc opowiem Wam o niej.

Na początku tego roku zdiagnozowano u mnie epilepsję. Na tę diagnozę przyszło mi czekać 6 lat od wystąpienia pierwszych objawów. Trafił mi się bowiem w udziale niezwykle rzadki wariant choroby: ADLTLE. Nie będę się zagłębiać w sprawy medyczne – jeżeli jesteście ciekawi lub ciekawe, Google wyrzuci Wam sporo dobrych źródeł. Ten rodzaj nie daje objawów jak padaczka, o której większość osób słyszała. Ja nie tracę przytomności, nie upadam i nie dostaję drgawek. To wszystko wygląda zupełnie inaczej.

Najpierw, jakiś czas po ukończeniu studiów, odczuwałem zmęczenie, które pojawiało się nagle. W krótkim czasie zaczęło się pogarszać. Wystąpiły ataki aury. Świat stawał się nagle przerysowany. Wszystkie zapachy i kolory były dużo bardziej wyraziste, w mocno nieprzyjemny sposób. Czułem dziwny smak w ustach. Smak, którego nie potrafię określić i zidentyfikować, ale jakiego nigdy w życiu nie czułem w innych okolicznościach. Czasami wszystko wokół wydawało mi się ogromne, innym razem – wyjątkowo małe. Miałem nagłe, niekontrolowane napływy wspomnień. Niekiedy nachodziło mnie uczucie, jakbym przeżywał daną sytuację już nieskończoną ilość razy, jakbym żył w jakiejś pętli czasowej. To było przerażające. Zdecydowanie moje top 3, jeżeli chodzi o najbardziej nieprzyjemne odczucia w życiu.

Miałem wrażenie, jakby między mną a światem był rodzaj zasłony, którego nie mogę przebić. Omamy słuchowe. Przerwy w świadomości. Robiłem sobie herbatę, a potem byłem już w innym pomieszczeniu z pustym kubkiem, smakiem herbaty w ustach. Nie miałem pojęcia, co działo się w międzyczasie.

Po pewnym czasie, takie ataki miałem już kilka razy w tygodniu. Jeszcze później znów się pogorszyło. Aury potrafiły trwać nawet kilka godzin. Byłem danego dnia „wycięty” – niby funkcjonowałem, ale potem niewiele pamiętałem, a kontakt ze mną był mocno utrudniony. Pojawiły się tiki nerwowe. Coraz częściej traciłem kontakt ze światem na minutę-dwie. Można było do mnie mówić a ja siedziałem lub stałem w miejscu zupełnie nie reagując na bodźce.

Trzy razy robiłem rezonans. Kilkukrotnie EEG. Na badaniach nic niepokojącego nie wychodziło. Jak się później okazało, w takich przypadkach, jak mój, na tego rodzaju badaniach zazwyczaj nie pojawiają się żadne nieprawidłowości. Przerobiłem konsultacje z czterema lekarzami (neurologami). Odsyłali mnie z kwitkiem, stawiali diagnozy aury migrenowej. Jako ostatnią deskę ratunku, dostałem namiary na jedną z najlepszych specjalistek od epilepsji w Polsce.

Udałem się do niej na konsultację. Pani Elżbieta od razu postawiła diagnozę i wdrożyliśmy leczenie. Zareagowałem na nie dobrze, miałem naprawdę duże szczęście. Leki zredukowały liczbę ataków praktycznie do zera, a gdy te z rzadka się pojawiają, są bardzo krótkie i „płytkie”. Efekty uboczne są minimalne, pomimo że dziennie biorę dawkę psychotropu, która podana osobie bez przebytego okresu adaptacyjnego, mogłaby doprowadzić do zatrzymania akcji serca. Lub też skończyć się „odjazdem” zakończonym próbą samobójczą.

Dopiero gdy zacząłem się leczyć i w miarę normalnie funkcjonować, dotarło do mnie, jak bardzo namieszała w moim życiu ta choroba. Lewy płat skroniowy, w którym zlokalizowane jest jej ognisko, pełni istotną rolę w procesach odpowiedzialnych za pamięć.

Nieleczona padaczka orała moją pamięć przez 6 lat.

W efekcie, niewiele pamiętam z pierwszych dwóch lat życia mojej starszej córki. Nie pamiętam, okresu, kiedy zaczęła mówić. Ani urlopu w górach, na który pojechałem z rodziną. Wesele mojego kuzyna dwa lata temu? Pusto, pamiętam jedynie jakieś urywki z kościoła. Nie pamiętam wielu twarzy i imion ludzi, z którymi spędzałem w biurze po 8h dziennie, od poniedziałku do piątku, przez kilka lat. Kolegów i koleżanek z zespołu, w którym pracowałem. Nie pamiętam, co wchodziło w zakres moich obowiązków w pracy, którą wykonywałem przez 9 miesięcy zanim zacząłem pracować dla Bladeville. Zapomniałem wiele innych rzeczy, mniej lub bardziej istotnych. Jeszcze więcej bardziej odległych wspomnień zamieniło się w strzępy, które pozbawione szerszego kontekstu nic nie znaczą.

I to nie jest tak, że to wszystko siedzi gdzieś głęboko zakopane. Tego po prostu w mojej głowie już nie ma. Nigdy nie wróci. Patrzę na zdjęcia z tamtych chwil i mam wrażenie, że przedstawiają cudze życie.

Po co Wam o tym wszystkim piszę? Bo padaczka, także tak rzadka jak moja, może mieć różne podłoże. Genetyka. Guz. Wylew. Udar. Uraz głowy. W zasadzie, uraz głowy to bardzo częsta przyczyna.

1% społeczeństwa

Wielu rodzajów padaczki, zwłaszcza tych spowodowanych urazami, jest lekoopornych, co oznacza że skuteczne ich leczenie tudzież łagodzenie objawów jest niemożliwe. Bo gdy w danym obszarze obumrą neurony, w zasadzie jest pozamiatane. Czasami skuteczna jest operacja, jednak nie każdy może być operowany i nie u każdego da ona efekty. Są chorzy, którym medycyna zwyczajnie pomóc nie potrafi.

Niektórzy z nich mają lekkie objawy, inni ciężkie – z napadami kloniczno-tonicznymi występującymi nawet kilkanaście razy dziennie. Muszą egzystować z chorobą, która niszczy im nie tylko życie, ale i to, kim są. Wyobraźcie sobie, że nie możecie przebywać sami i zawsze musi przy Was ktoś być. Stan w którym nawet samodzielne wyjście na spacer stanowi zagrożenie dla Waszego życia. Bo możecie na chwilę „odpłynąć” i nieświadomie wejść na ruchliwą ulicę prosto pod samochód. Że podczas napadu drgawek przestajecie trzymać mocz. A że macie takich ataków kilka w tygodniu, musicie nosić cały czas pieluchy dla dorosłych. Że nie możecie się nawet spokojnie wyspać, bo jak tylko zapadniecie w głębszy sen, to zaczyna Wami trząść.

I w końcu, może zdarzyć się tak, że położycie się spać w dobrym nastroju i już nigdy się nie obudzicie. Zjawisko SUDEP jest nie do końca poznane, a rocznie jedna osoba na tysiąc chorych umiera z jego powodu.

Rocznie w naszym kraju między 40 a 70 osób na każde 100 000 zapada na padaczkę. Liczba osób z aktywną postacią choroby oscyluje wokół 1% społeczeństwa.

Czasami, żeby uniknąć znalezienia się w tym 1%, wystarczy być bardziej odpowiedzialnym. W tym zakładać kask na rower, hulajnogę, czy właśnie rolki.

Dokładka smutnych historii.

W tym miejscu mógłbym opisać szczegółowo więcej przykrych spraw, ale ograniczę się do wzmianki o dwóch. Gdy miałem 20 lat patrzyłem, jak moją mamę zabija glejak IV stopnia. Przez 10 miesięcy obserwowałem, jak jedna z najbliższych mi osób stopniowo przechodzi ze stanu tuż po operacji, gdy funkcjonuje w miarę normalnie, aż do wegetatywnego, który kończy się zgonem. Miałem empiryczny „kurs” tego, jak wygląda egzystencja osoby, której coraz to kolejne rejony mózgu ulegają anihilacji.

Gdy była na oddziale neurologii i traumatologii w jednym z krakowskich szpitali, bywałem tam częstym gościem przez blisko trzy tygodnie. Zdarzyło mi się rozmawiać z rowerzystą, któremu pod koła wbiegła kobieta. Jej nic wielkiego się nie stało. On nie miał kasku i uderzenie głową o chodnik spowodowało częściowy niedowład prawej strony ciała. Trudno mu było się wysłowić.

Wbrew pozorom, pacjentów z chorobami neurologicznymi aż tak wielu tam nie było. Zdecydowana większość trafiała na oddział na skutek uszkodzeń ośrodkowego układu nerwowego. Dopiero, gdy jesteś w takim miejscu, uświadamiasz sobie jak kruche jest to, co każdy z nas nazywa „ja”. Że nietrudno w zasadzie o to, aby biologiczny nośnik dla naszej świadomości, osobowości, przekonań, uczuć i wspomnień zawiódł.

Dlaczego dzielę się takimi doświadczeniami z obcymi ludźmi? Bo uważam, że aby zdać sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów, trzeba spojrzeć im w oczy.

Ciężki uraz głowy może dokonać w mózgu podobne spustoszenia, jak padaczka czy nowotwór. Tylko że rak w końcu zabija. A po rozległym uszkodzeniu spowodowanym uderzeniem głową o beton, możecie być zawieszeni w dowolnym punkcie skali, od bycia relatywnie dobrze funkcjonującymi, aż po stan wegetatywny. Pomiędzy tymi dwoma punktami jest cały zbiór konsekwencji, które mogą zniszczyć Wasze życia. Czaszka nie musi pęknąć. Wystarczy, że przeniesie energię uderzenia. Kask bierze ją na siebie, pękając, rozprasza znaczną jej część i w ten sposób ratuje Was przed poważnym urazem. I tak – kask powinno się po takim wypadku wyrzucić, nawet jeżeli nie widać nigdzie pęknięć. Mogły bowiem powstać uszkodzenia od strony niewidocznej dla naszych oczu.

Pęknięcie w części potylicznej kasku po wypadku.
Pęknięcie z boku i przodu kasku po wypadku.

Irracjonalizm a jazda z głową w kasku

Nigdy nie słyszałem dobrego argumentu za tym, aby nie jeździć w kasku. Wszystkie przytaczane przez przeciwników jazdy w kasku wymówki brzmią jeszcze bardziej absurdalnie, niż retoryka antyszczepionkowców. Bo szczepionki przynajmniej czasami (choć marginalnie rzadko) dają niepożądane skutki uboczne jak np. reakcje alergiczne, natomiast jazda w kasku nie wiąże się z żadnymi. Absolutnie żadnymi. Najczęściej powtarzane idiotyzmy dotyczą komfortu oraz wizerunku.

Mówisz, że kask zaburza Ci poczucie równowagi? Pojeździsz trochę i się przyzwyczaisz to tych dodatkowych 400-500g. To naprawdę nie jest dużo.

Gorąco Ci w kasku? Spraw sobie lepiej wentylowany (polecam Powerslide Elite) oraz pij dużo wody. W ogóle, picie wody mineralnej podczas jazdy powinno być nawykiem każdego rolkarza.

Kask Powerslide Elite na głowie Marysi z ekipy Powerslide, ILR oraz MaryCrane.pl

I tu przechodzimy do argumentu wizerunkowego, który możemy sprowadzić do infantylnego przekonania, że:

„Kaski są dla lamusów i jak będę jeździł w kasku, będę postrzegany jako lamus”.

Czemu dorośli ludzie w ogóle mają taki tok rozumowania, jest dla mnie niezgłębioną tajemnicą. Jest on raczej charakterystyczny dla nastolatków, którzy są gdzieś na etapie pomiędzy oglądaniem Dragon Ball Z z wypiekami na twarzy, a dawaniem lokalnemu pijaczkowi 20zł, żeby kupił im po piwie w monopolowym, w zamian za resztę z transakcji.

Co więcej, ciągle zdarza się to także pośród osób starszych (także sporo) ode mnie. Oni są dosłownie w każdym środowisku i w każdej odmianie jazdy na rolkach. Najmniej jest chyba w speedskatingu, a najwięcej pośród osób jeżdżących freeskating i aggressive.

To ludzie, którzy z jakiegoś powodu uroili sobie, że jazda w kasku wygląda źle i gdy będą to robić, to cały ich street cred się posypie. Kumple będą się śmiać za plecami. Nie będzie się dało poderwać nowej dziewczyny na rolkach w parku. Zjazd po rurze będzie nagle wyglądał 1000x gorzej i przechodnie nie zwrócą na niego uwagi.

Fun fact: postronnych mało obchodzi, co robią ludzie na rolkach, deskach i bmx-ach. Szeroka moda na uliczne sporty ekstremalne dawno się skończyła. Rolki wróciły do łask, jednak nie ich odmiana „wyczynowa” – ludzie na nowo odkryli frajdę z jazdy rekreacyjnej i tyle.

Jest jeszcze podejście „kask nie chroni w 100%, więc nie ma sensu go zakładać”. Wiecie, co jeszcze nie chroni w 100%? Pasy, poduszki powietrzne oraz strefy zgniotu w samochodach. Prezerwatywy. Kamizelki kuloodporne. Spadochrony. Uprzęże do wspinaczki. Wiele innych rzeczy, które nie zapewnią nam nigdy bezdyskusyjnego bezpieczeństwa, ale minimalizują ryzyko do akceptowalnego poziomu.

Och, ile ja razy słyszałem argument „trenowałem/am sztuki walki, umiem upadać”. Po pierwsze, upadać umiesz na płaskiej podłodze sali treningowej. Nie po 2.5 metrowym dropie czy poruszając się z prędkością 30 km/h. Po drugie TRENOWAŁEŚ/AŚ, co oznacza, że twoja pamięć mięśniowa i refleks nie są tak ostre, jakbyś robił/a to nadal. Tak więc, jeżeli nie jesteś aktywnym sportowo zawodnikiem biegłym w Ninjustu, odpuść sobie te bajki.

„Argumentem ostatecznym” jest „każdy ma prawo decydować o sobie”. To jest z kolei nieco ładniej opakowana figura retoryczna, którą stosuje moja 3,5 letnia córka: „Nie, bo nie!”. Od ludzi pełnoletnich oczekiwałbym więcej refleksji.

Osoby, które narzekają na ceny kasków, powinny się przyjrzeć temu, co mają na nogach. Jeżeli twoje rolki kosztują 600 PLN i więcej, to nie wierzę, że nie stać Cię na kask z atestem. Można znaleźć modele nawet poniżej 100 zł. Nie muszą to być też kaski producentów skupiających się tylko i wyłącznie na ochronie, bo firmy rolkowe wypuszczają modele ze wszystkimi atestami, które z powodzeniem będą nas chronić. Poniżej podaje linki do kasków dostępnych w Bladeville:

Obiektywnie, uprzedzenia wobec jazdy w kasku są przejawem zwykłej głupoty. Jeżeli nie chcesz w nim jeździć dla siebie, zrób to dla innych. Nasze działania nie istnieją w próżni, ale mają istotny wpływ na kształtowanie rzeczywistości nas otaczającej. Im mniej osób w środowisku „action sports” sięga po kask i im więcej uważa go za coś obciachowego, tym mniej osób dopiero zaczynających będzie w nim jeździć.

Odpowiedzialność

W pierwszym kwartale 2020 roku zdarzył się tragiczny wypadek, który odbił się szerokim echem w mediach. Szesnastoletni chłopak zginął po uderzeniu głową w betonową ławę na skateparku.

W środowisku rolkarzy także podjęto ten temat, pomimo że wypadek dotyczył osoby ze środowiska BMX. Wiele osób odpowiedzialnością obarczała rodziców, którzy nie wymagali od chłopaka, aby zakładał kask. Inni obwiniali rodziców dzieci, które biegają po skateparku.

I owszem, te dwa czynniki grały tutaj rolę. Nie widziałem jednak, aby ktoś poruszał trzeci wątek. Toksycznej, maczystowskiej wręcz kultury, która przez lata panowała i dalej w dużym stopniu ma się dobrze w środowisku sportów ekstremalnych.

Prawdą jest, że gdyby dziewczynka na hulajnodze nie zajechała mu drogi, chłopak żyłby dalej. Z kolei wpływu rodziców bym nie przeceniał. W wieku nastoletnim ich autorytet liczy się często mniej, niż wpływ rówieśników oraz idoli. Gdy mieszkałem w sąsiedztwie skateparku, wiele razy widziałem dzieciaki, które kaski zostawiały obok plecaków przy ławce. Większość chce się wpasować w grupę. Chce być częścią paczki znajomych, pewnego środowiska. W związku z tym, unika wyborów w ich bańce towarzyskiej niepopularnych. Powiela natomiast te schematy, które skutkują akceptacją i większym respektem w grupie.

Jazda bez kasku jest w tym świetle czymś podobnym do palenia papierosów za szkołą podstawową. Starsze oraz popularne dzieciaki to robią, więc inne też chcą. Nie zastanawiają się nad tym, że to dla nich szkodliwe.

Gdy widzisz, że twój idol, którego editami się jarasz, jeździ na nich bez kasku, to utrwalasz sobie obraz, że skoro ktoś robi bez niego takie zaawansowane rzeczy, to może nie jest potrzebny? Jak chcesz być tacy jak reszta z paczki, to wstyd jeździć w kasku i narażać się na szyderstwa, nie? Nie chcesz przecież okazywać słabości i tego, że się boisz, prawda?

Nie zawaham się tego napisać. Każdy, kto swoimi działaniami cementuje wizerunek jazdy bez kasku jako czegoś akceptowalnego oraz normalnego, jest pośrednio współwinny tego typu tragediom.

Dlatego uważam, że producenci rolek, którzy wypuszczają do sieci reklamy opatrzone planszą z napisem typu „Osoby na filmie są profesjonalistami. Kalkuluj ryzyko. Zawsze jeździj w kasku.” mogą sobie te apele wsadzić …wiadomo gdzie. To działanie obliczone tylko na to, żeby nie byli ciągani po sądach. Chcą faktycznie promować jazdę w kasku? To niech wprowadzą wymóg dla swoich riderów, współpracowników, żeby przynajmniej nie tworzyli contentu, na którym widać ich jeżdżących bez kasków.

Patrząc bliżej, niż pro-riderzy: jestem zdania, że instruktor, który prowadzi zajęcia bez kasku, jest po prostu złym nauczycielem. Jakby nie jeździł, jest człowiekiem uczącym kursantów niebezpiecznego dla nich zachowania.

Ale jest nim także ten, który na zajęciach jeździ w kasku, a po godzinach pracy, w miejscach gdzie jeżdżą także jego uczniowie, bez. Bo daje im jasny przekaz: jeżdżę w kasku na zajęciach, bo tak wypada. Nie dlatego, że wierzę w sens tego.

PZSW promuje jazdę w kasku akcją „Jeżdżę z głową – w kasku”. Moim zdaniem to fajne działanie, ale dopóki nie będą wyciągane konsekwencje wobec osób posiadających licencje trenerskie i instruktorskie wydane przez związek, to wiele się nie zmieni.

Najzwyczajniej w świecie, te licencje i prawo do użytkowania tytułu instruktora PZSW powinny być cofane za złamanie etyki zawodowej. Elementem takowej jest dbanie o bezpieczeństwo swoje oraz innych, a więc także jazda w kasku.

Wiem – jak w każdym zawodzie de-regulowanym, szkółkę rolkową może założyć każdy, kursy szkoleniowe dla instruktorów prowadzić może także w zasadzie każdy. Odebranie licencji PZSW nie będzie wiązało się z wypadnięciem takiej osoby z zawodu. Niemniej jednak, warto byłoby z poświadczenia PZSW zrobić swoisty „seal of quality”, gwarantujący, że dany instruktor prowadzi swój biznes odpowiedzialnie. Zwłaszcza, jeżeli uczy dzieciaki.

Dlatego chciałbym w tym miejscu podziękować wszystkim, którzy dają na co dzień dobry przykład swoim własnym, odpowiedzialnym postępowaniem!

Więzi

Jednak to nie koniec tematu odpowiedzialności. Jest jeszcze drugi aspekt związany z Waszym zdrowiem.

To odpowiedzialność nie tylko za siebie i innych rolkarzy, ale i za bliskich. Bo jak sobie zrobicie na własne życzenie coś poważnego, to na nich spadnie ciężar opieki nad Wami. Jak wygląda pomoc rodzinom osób z niepełnosprawnością w naszym kraju, wie chyba każdy kto interesuje się otaczającą go rzeczywistością. Ci bardziej majętni mogą sobie pozwolić na zatrudnienie osoby asystującej osobie niepełnosprawnej. Reszta jest pozostawiona sama sobie.

Ludzie rezygnują z życia zawodowego i towarzyskiego, swoich pasji, żeby opiekować się niepełnosprawnymi bliskimi. To najczęściej praca 24/24, bez chwili wytchnienia. Niezależnie jakie są powody brania takiego ciężaru na swoje barki: miłość, poczucie odpowiedzialności za kogoś, poczucie winy, wewnętrzna presja emocjonalna, zewnętrzna presja społeczna …nigdy nie pozostaje to obojętne, jeżeli chodzi o psychikę opiekunów. Nawet samo patrzenie, jak cierpi ktoś bliski, zwyczajnie wyniszcza. U opiekunów osób z niepełnosprawnością bardzo często rozwija się depresja.

Jeżeli nie założycie kasku do jazdy na rolkach i wskutek tego ulegniecie poważnemu wypadkowi, który nie zakończy się szybkim zgonem – właśnie zniszczyliście życie nie tylko wasze, ale i waszych rodzin.

Najbardziej mnie zastanawia, gdy widzę facetów (bo to głównie faceci, niestety) jeżdżących ostro, ryzykownie bez kasków. Takich, o których wiem, że są ojcami. Patrzę na swoje dwie córki i to wystarczająca dla mnie motywacja, aby zakładać kask na głowę.

To wystarczy.

Pora kończyć

To był długi tekst. W pierwotnym zamierzeniu, miał on być o wyborze kasku. Nawet miałem już napisany spory kawałek, ale potem uświadomiłem sobie, że to w zasadzie będzie powielanie artykułu z blogu Bladeville i tyle.

Chciałem napisać o czymś bardziej istotnym – nie jak wybierać i zakładać kask, ale dlaczego warto i należy to robić.

Nie natknąłem się nigdy na nic podobnego w Internecie. Artykuły raczej nie przemawiają do wyobraźni i kończą się na twierdzeniach typu „Warto nosić kask, wybór należy do Was”. Pieszczoty w aksamitnych rękawiczkach, blech.

Ja chciałem pokazać, że konsekwencje takich wyborów nie dotyczą tylko nas samych i mają realny wpływ na życia innych ludzi. Wybieranie jazdy bez kasku jest złym, głupim, nieodpowiedzialnym wyborem.

I wiem, że będą tacy, co wstawią w socjalach ikonkę „haha”, będą szydzić i toczyć bekę, lub przyjmą postawę defensywną. Ale szczerze – mało mnie obchodzi zdanie osób z nadwyżką ego i deficytem zdolności racjonalnej oceny zagrożeń. Z resztą – pewnie większość takich ludzi do tego momentu nie dotrze, bo „TL;DR”. Jako grumpy old man mam do powiedzenia takim jedno „Get off my lawn”.

Wystarczy mi, że jedna osoba to przeczyta i przekona się do jazdy w kasku. Nawet dla tej jednej osoby, było warto napisać tak długi tekst.

A jeżeli nie macie jeszcze kasku – sprawdźcie ich ofertę w sklepie partnerskim serwisu rolki.com, czyli Bladeville. Jeżeli z jakiegoś powodu nie chcecie go kupić tam – przejdźcie się do najbliższego sklepu, który ma je w ofercie. Po prostu.